Wróć do informacji o e-podręczniku Wydrukuj Pobierz materiał do PDF Pobierz materiał do EPUB Pobierz materiał do MOBI Zaloguj się aby dodać do ulubionych Zaloguj się, aby udostępnić materiał Dodaj całą stronę do teczki
RAMdb0lRsFTji1
Deszcz Źródło: Valeria P., Deszcz, licencja: CC BY 2.0.
Deszcz
Valeria P., Deszcz, licencja: CC BY 2.0

Temat śmierci jest trudny nie tylko dla dzieci – także dla dorosłych. I niełatwe są związane z tym tematem rozmowy. Ale najtrudniejsza rozmowa jest lepsza od jej braku, a oswojenie ze śmiercią jest możliwe, choć bolesne...

Już wiesz

Porozmawiaj ze starszymi osobami o tym, co może być przyczyną tego, że dorośli nie rozmawiają z dziećmi o śmierci.

j00000005LB3v28_0000000E
JPOL_E3_E4_Tekstykultury

Oskar i pani Róża Erica‑Emmanuela Schmittaj00000005LB3v28_000tp001Erica‑Emmanuela Schmitta

Eric Emmanuel Schmitt
RHnZzBB9x2GDz1
Asclepias, licencja: CC BY-SA 3.0

Eric Emmanuel Schmitt

(ur. w 1960 roku) – francuski powieściopisarz, dramaturg, filozof, mieszkający w Brukseli. Przez jakiś czas pracował jako wykładowca filozofii na Uniwersytecie w Savoir. Jego książki są często przerobioną wersją sztuk teatralnych o tych samych tytułach; zostały przetłumaczone na ponad 35 języków, wystawiane w teatrach w 40 krajach. Powieści jego autorstwa Oskar i pani Róża, Pan Ibrahim i kwiaty Koranu oraz Dziecko Noego zamieszczone zostały w zbiorowej edycji opatrzonej tytułem Opowieści o Niewidzialnym, tłum. Barbara Grzegorzewska, Kraków 2005.

Oskar i pani RóżaEric‑Emmanuel Schmitt
Eric‑Emmanuel Schmitt Oskar i pani Róża

Szanowny Panie Boże,
Na imię mi Oskar, mam dziesięć lat, podpaliłem psa, kota, mieszkanie (zdaje się nawet, że upiekłem złote rybki) i to jest pierwszy list, który do Ciebie wysyłam, bo jak dotąd, z powodu nauki, nie miałem czasu.
Uprzedzam Cię od razu: nienawidzę pisać.
[…] najlepiej byłoby, gdybyś znalazł czas, żeby oddać mi dwie lub trzy przysługi. Wytłumaczę Ci, o co chodzi.
Szpital to cholernie sympatyczne miejsce: pełno tu uśmiechniętych dorosłych, którzy głośno mówią, jest też mnóstwo zabawek i panie wolontariuszki, które chcą się bawić z dziećmi, i są koledzy, na których zawsze można liczyć, tacy jak Bekon, Einsteinj00000005LB3v28_000tp002Einstein czy Pop Corn, jednym słowem, szpital to sama radość, jeżeli jest się mile widzianym pacjentem.
Ja przestałem być mile widziany. Od czasu przeszczepu szpiku czuję, że nie jestem mile widziany. Kiedy doktor Düsseldorf bada mnie rano, nie ma już do mnie serca, rozczarowuję go. Patrzy na mnie bez słowa, jakbym popełnił jakiś błąd. A przecież tak się starałem w czasie operacji. […] Ma taką nieszczęśliwą minę, że obelgi więzną mi w gardle. I im dłużej doktor Düsseldorf milczy ze swoją zmartwioną miną, tym bardziej ja czuję się winny. Zrozumiałem już, że stałem się złym pacjentem, pacjentem, który podważa wiarę w nieograniczone możliwości medycyny.
Myśli lekarza są zaraźliwe. Teraz już wszyscy na naszym piętrze: pielęgniarki, praktykanci i sprzątaczki, patrzą na mnie tak samo. Martwią się, kiedy jestem w dobrym humorze; zmuszają się do śmiechu, kiedy powiem jakiś dowcip. Nie chichramy się już jak dawniej. Tylko ciocia Róża się nie zmieniła. Moim zdaniem, za stara jest na to, żeby się zmieniać. Poza tym jest za bardzo ciocią Różą. Cioci Róży nie muszę Ci, Panie Boże, przedstawiać, to Twoja stara kumpelka, to ona kazała mi do Ciebie napisać. Problem tylko w tym, że jestem jedynym, który nazywa ją ciocią Różą. Musisz więc postarać się zrozumieć, o kim mówię: ze wszystkich pań w różowych fartuchach, które przychodzą z zewnątrz, żeby spędzać czas z chorymi dziećmi, ona jest najstarsza.
– Ile masz lat, ciociu Różo?
– Potrafisz zapamiętać trzynastocyfrową liczbę, Oskarku?
– Och! Chyba przesadzasz!
– Nie. Lepiej, żeby nie wiedziano tu, ile mam lat, bo wyrzucą mnie i więcej się nie zobaczymy.
– Dlaczego?
– Jestem tu nielegalnie. Jest pewna granica wieku, żeby być wolontariuszką. A ja ją dawno przekroczyłam.
– Jesteś przeterminowana?
– Tak.
– Jak jogurt?
– Ćśś!
– Dobrze! Nikomu nie powiem.
Była cholernie odważna, że wyznała mi swój sekret. Ale dobrze trafiła. Nie pisnę słowa […].
Spacerowaliśmy po szpitalnym parku i nagle wdepnęła w kupę.
– Cholera!
– Ciociu, brzydko się wyrażasz!
– Odczep się, szczeniaku, mówię, jak mi się podoba.
– Och, ciociu Różo.
– I rusz tyłek. To jest, kurde, spacer, a nie wyścigi ślimaków.
Kiedy siedliśmy na ławce, żeby zjeść cukierka, spytałem:
– Dlaczego tak brzydko mówisz?
– Skrzywienie zawodowe, Oskarku. W moim zawodzie nie miałam żadnych szans, jeśli nie używałam mocnych słów.
– A jaki był twój zawód?
– Nie uwierzysz, jeśli ci powiem...
– Przysięgam ci, że uwierzę.
– Byłam zapaśniczką.
– Bujasz!
– Byłam zapaśniczką! Nazywano mnie Dusicielką z Langwedocji.
[…] Te wszystkie opowieści wprawiają mnie w rozmarzenie, wyobrażam sobie moją znajomą, drobną, trochę trzęsącą się staruszkę w różowym fartuchu, na ringu, jak rozkłada na cztery łopatki olbrzymki w obcisłych trykotach. Wydaje mi się, że to ja. Staję się najsilniejszy. […]
Wracam do swoich spraw.
Jak mówiłem, mój przeszczep wszystkich rozczarował. Chemia też wszystkich rozczarowała, ale wtedy liczono na przeszczep. Teraz odnoszę wrażenie, że lekarze nie wiedzą już, co proponować, i nawet mi ich żal. […]
Atmosfera coraz bardziej się psuje. Rozmawiałem o tym z moim kolegą Bekonem. Tak naprawdę to on nie nazywa się Bekon, tylko Yves, ale my nazwaliśmy go Bekonem, bo to bardziej do niego pasuje, dlatego że jest poparzony.
– Bekon, mam wrażenie, że lekarze przestali mnie lubić, załamuję ich.
– Coś ty, Jajogłowy! Lekarze są nie do zdarcia. Zawsze mają pełno pomysłów na operacje, które można ci zrobić. Policzyłem, mnie obiecali co najmniej sześć.
– Może ich inspirujesz.
– Najwyraźniej.
– Ale dlaczego nie powiedzą mi po prostu, że umrę?
Wtedy Bekon zareagował jak wszyscy w szpitalu: ogłuchł. Jeśli w szpitalu powiecie coś o umieraniu, nikt nie usłyszy. Możecie być pewni, że powstanie jakaś dziura powietrzna i zaczną mówić o czym innym. Wypróbowałem to ze wszystkimi. Oprócz cioci Róży. Więc dzisiaj rano postanowiłem przekonać się, czy ona też straci słuch, kiedy o tym wspomnę.
– Ciociu Różo, dlaczego nikt mi nie mówi, że umrę?
Spogląda na mnie. Czy zachowa się tak jak wszyscy? Proszę cię, Dusicielko z Langwedocji, wytrzymaj, nie zatykaj uszu!
– Czemu chcesz, żeby ci to mówiono, skoro sam wiesz, Oskarze!
Uff, usłyszała.
– Wydaje mi się, ciociu, że oni chcieliby widzieć ten szpital innym, niż naprawdę jest. Jakby człowiek przychodził do szpitala tylko po to, żeby wyzdrowieć. A przecież przychodzi się tutaj także po to, żeby umrzeć.
– Masz rację, Oskarze. Myślę zresztą, że popełnia się ten sam błąd w stosunku do życia w ogóle. Zapominamy, że życie jest kruche, delikatne, że nie trwa wiecznie. Zachowujemy się wszyscy, jakbyśmy byli nieśmiertelni.
– Moja operacja się nie udała, ciociu Różo?
Ciocia Róża nie odpowiedziała. To był jej sposób na to, żeby powiedzieć tak. Kiedy już była pewna, że zrozumiałem, podeszła do mnie i szepnęła błagalnym tonem:
– Oczywiście niczego ci nie mówiłam. Przysięgasz?
– Przysięgam.
Przez chwilę nic nie mówiliśmy, żeby przetrawić te wszystkie nowe myśli.
– A może napisałbyś list do Pana Boga, Oskarze?
– Och nie, ty też, ciociu Różo?
– Co ja też?
– Myślałem, że nie jesteś kłamczuchą.
– Ale ja wcale nie kłamię.
– To czemu mówisz mi o Panu Bogu? Dałem się już raz nabrać na Świętego Mikołaja. To mi wystarczy, dziękuję!
– Oskarze, Pan Bóg i Święty Mikołaj nie mają ze sobą nic wspólnego.
[…]
– A po co miałbym pisać do Pana Boga?
– Może poczułbyś się mniej samotny?
– Mniej samotny z kimś, kto nie istnieje?
– Spraw, żeby istniał. – Pochyliła się w moją stronę:
– Za każdym razem, kiedy w niego uwierzysz, będzie trochę bardziej istniał. Jeśli się uprzesz, zacznie istnieć na dobre. I wtedy ci pomoże.
– Co mogę mu napisać?
– Podziel się z nim swoimi myślami. Myśli, których się nie zdradza, ciążą nam, zagnieżdżają się, paraliżują nas, nie dopuszczają nowych i w końcu zaczynają gnić. Staniesz się składem starych śmierdzących myśli, jeśli ich nie wypowiesz.
– O.K.
– Poza tym możesz co dzień poprosić go o jedną rzecz. Ale uwaga!
Tylko o jedną.
[…]
– […] To mogę go o wszystko poprosić? O zabawki, cukierki, samochód?...
– Nie, Oskarze. Bóg to nie Święty Mikołaj. Możesz go prosić tylko o sprawy duchowe.
[…] A więc, Panie Boże, w tym pierwszym liście opisałem Ci trochę, jak mi się żyje w tym szpitalu, gdzie patrzą na mnie jak na przeszkodę dla medycyny, i chciałbym Cię prosić o wyjaśnienie: czy wyzdrowieję? Odpowiedz mi tak lub nie. To nie jest skomplikowane. Tak lub nie. Niepotrzebne skreślić. No to do jutra, całusy, Oskar.
PS Nie mam Twojego adresu. Co robić?
Szanowny Panie Boże,
Brawo! Jesteś bardzo mocny. Nie zdążyłem jeszcze wysłać listu, a Ty już dajesz mi odpowiedź. Jak Ty to robisz?
Dziś rano w świetlicy grałem w szachy z Einsteinem, kiedy Pop Corn przyszedł mnie uprzedzić.
– Przyjechali twoi rodzice.
– Moi rodzice? Niemożliwe. Przyjeżdżają tylko w niedziele.
– Widziałem samochód, czerwonego jeepa z białą plandeką.
– Niemożliwe.
Wzruszyłem ramionami i dalej grałem z Einsteinem. Ale głowę miałem zajętą i Einstein zabierał mi wszystkie pionki, co mnie jeszcze bardziej rozdrażniło. A mówimy na niego Einstein nie dlatego, że jest bardziej inteligentny od innych, ale dlatego, że ma dwa razy większą głowę. Podobno w środku jest woda. Szkoda, bo gdyby to był mózg, Einstein pewnie dokonałby wielkich rzeczy.
[…] Miał rację: przyjechali moi rodzice.
Trzeba Ci wiedzieć, Panie Boże, że mieszkamy daleko stąd. […]
– Widzisz, że miałem rację – powiedział Pop Corn. – Co mi dasz za to, że cię uprzedziłem?
– Mam czekoladę z orzechami.
[…]
Oczywiście nie wolno nam dawać jedzenia Pop Cornowi, ponieważ jest tutaj po to, żeby schudnąć. Dziewięćdziesiąt osiem kilo wagi w wieku dziewięciu lat przy metrze dziesięć wzrostu i metrze dziesięć szerokości! […] A ponieważ ani ja, ani żaden z kolegów nie wierzymy, że kiedyś przestanie być gruby, i żal nam go, bo wciąż chce mu się jeść, dajemy mu różne resztki. […]
Wróciłem do pokoju i czekałem na rodziców. Z początku nie zdawałem sobie sprawy z upływu czasu, bo byłem strasznie zdyszany, potem uświadomiłem sobie, że piętnaście razy zdążyliby już do mnie przyjść. Nagle domyśliłem się, gdzie są. Wymknąłem się na korytarz. Kiedy nikt nie widział, zszedłem po schodach, a potem w półmroku dotarłem do gabinetu doktora Düsseldorfaj00000005LB3v28_000tp003Düsseldorfa.
Bingo! Byli tam. Zza drzwi dobiegały mnie głosy. Ponieważ zmęczyłem się schodzeniem, postanowiłem, zanim otworzę drzwi, odczekać kilka sekund, aż serce przestanie mi walić. I wtedy się wszystko wydało. Usłyszałem to, czego nie powinienem był usłyszeć. Moja matka szlochała, doktor Düsseldorf powtarzał: „Zrobiliśmy, co w naszej mocy, proszę mi wierzyć”, a ojciec odpowiadał zdławionym głosem: „Nie wątpię, doktorze, nie wątpię”. Stałem z uchem przytkniętym do żelaznych drzwi. Nie wiem, co było zimniejsze, metal czy ja?
Potem doktor Düsseldorf zapytał:
– Chcecie państwo go ucałować?
– Nie będę miała odwagi – powiedziała moja matka.
– Nie powinien widzieć nas w takim stanie – dodał ojciec.
I wtedy zrozumiałem, że moi rodzice to tchórze. Gorzej: tchórze, którzy biorą mnie za tchórza! Z gabinetu dobiegł odgłos przesuwanych krzeseł, więc domyśliłem się, że zaraz wyjdą, i otworzyłem najbliższe drzwi.
W ten sposób znalazłem się w szafie na szczotki, gdzie spędziłem resztę przedpołudnia […].
Koło południa poczułem, że piętro wyżej powstało niezłe poruszenie.
Słychać było kroki, gonitwy. Potem zaczęto wykrzykiwać moje imię. – Oskar! Oskar! […]
No i powstało niesamowite zamieszanie. Zbiegli się wszyscy, doktor Düsseldorf, przełożona pielęgniarek, dyżurne pielęgniarki, reszta sprzątaczek. […]
– Chcę, żeby przyszła ciocia Róża.
[…]
– Niech ktoś pójdzie po tę panią!
[…]
Kiedy się obudziłem, ciocia Róża już była. Uśmiechała się.
– Brawo, Oskarze, dobra robota. Dałeś im niezłego prztyczka. Ale skutek jest taki, że teraz mi zazdroszczą.
– Mam to gdzieś.
– To dobrzy ludzie, Oskarze. Bardzo dobrzy.
– Mam to gdzieś.
– Co się stało?
– Doktor Düsseldorf powiedział moim rodzicom, że umrę, a oni uciekli. Nienawidzę ich.
[…]
– […] Zawsze jest jakieś rozwiązanie, Oskarze, […]. Powinieneś napisać do Pana Boga. On jest lepszy ode mnie.
– Nawet w zapasach?
– Tak. Nawet w zapasach Pan Bóg jest najlepszy. Spróbuj, Oskarku. Co cię najbardziej boli?
– Nienawidzę moich rodziców.
– To nienawidź ich z całej siły.
– Ty mi to mówisz, ciociu Różo?
– Tak, nienawidź ich z całej siły. To będzie tak, jakbyś miał kość do ogryzania. Kiedy już skończysz ją ogryzać, zobaczysz, że nie było warto. Opowiedz o tym wszystkim Panu Bogu w liście i poproś go, żeby cię odwiedził.
– On się przemieszcza?
– Na swój sposób. Nieczęsto. Nawet bardzo rzadko.
– Dlaczego? On też jest chory?
Westchnęła i zaraz zrozumiałem: nie chciała mi powiedzieć, że Ty też, Panie Boże, nie jesteś w najlepszej formie.
– Rodzice nigdy nie mówili ci o Bogu, Oskarze?
– Daj spokój. Moi rodzice są głupi.
– Oczywiście. Ale czy nigdy nie mówili ci o Bogu?
– Owszem. Raz. Żeby powiedzieć, że w niego nie wierzą. Wierzą tylko w  Świętego Mikołaja.
[…]
– Więc skoro twoi rodzice, którym nie ufasz, w niego nie wierzą, czemu ty nie miałbyś uwierzyć i poprosić go o odwiedziny?
– Zgoda. Ale sama mówiłaś, że jest obłożnie chory...
– Nie. Ma tylko bardzo specyficzny sposób składania wizyt. Odwiedza cię w myślach. W duchu.
To mi się spodobało. To było naprawdę super. Ciocia Róża dodała:
– Zobaczysz: jego odwiedziny bardzo pomagają.
– O.K. Wspomnę mu o tym. Ale jak na razie, najbardziej pomagają mi twoje odwiedziny.
Ciocia Róża się uśmiechnęła i nieśmiało schyliła się, żeby mnie pocałować w policzek. Bała się to zrobić. […]
– Kiedy znowu przyjdziesz?
– Mogę przychodzić tylko dwa razy w tygodniu.
[…]
– […] Jeśli nie będziesz mnie codziennie odwiedzać, nie będę pisał do Pana Boga.
– Spróbuję.
Ciocia Róża wyszła, a ja się rozpłakałem.
Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo potrzebuję pomocy. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo jestem chory. Zrozumiałem to dopiero, kiedy pomyślałem, że więcej nie zobaczę cioci Róży, i teraz to wszystko wypływało ze mnie łzami, które paliły mi policzki.
Na szczęście miałem trochę czasu, żeby wziąć się w garść, zanim wróci.
– Załatwione. Mam pozwolenie. Przez dwanaście dni będę mogła codziennie cię odwiedzać.
– Mnie i nikogo poza mną?
– Ciebie i nikogo poza tobą, Oskarze. Dwanaście.
[…]
– Dwanaście dni? Jest aż tak źle, ciociu Różo?
Jej też zbierało się na płacz. Wahała się. Była zapaśniczka nie pozwalała byłej dziewczynce się rozkleić. Fajnie to wyglądało i miałem trochę rozrywki.
– Jaki dziś dzień, Oskarze?
– Co za pytanie! Nie widzisz mojego kalendarza? Dzisiaj jest dziewiętnasty grudnia.
– W moim kraju, Oskarze, jest taka legenda, która mówi, że z ostatnich dwunastu dni roku można odgadnąć pogodę, jaka będzie panowała przez dwanaście miesięcy nadchodzącego roku. […]
– I to jest prawda?
– To jest legenda. Legenda, o dwunastu proroczych dniach. Chciałabym, żebyśmy się w coś takiego pobawili. A zwłaszcza ty. Od dzisiaj będziesz bacznie obserwował każdy dzień, mówiąc sobie, że ten dzień to jakby dziesięć lat.
– Dziesięć lat?
– Tak. Jeden dzień to dziesięć lat.
– Więc za dwanaście dni będę miał sto trzydzieści lat!
– Tak. Wyobrażasz sobie?
Ciocia Róża mnie pocałowała – czuję, że jej się to spodobało – i poszła sobie.
Więc widzisz, Panie Boże: dziś rano się urodziłem i nawet się nie zorientowałem; dotarło to do mnie dopiero gdzieś około południa, kiedy miałem pięć lat, zyskałem większą świadomość, lecz nie przyniosła mi ona dobrych nowin; dziś wieczór kończę dziesięć lat, wiek rozumu. Korzystam z tego, żeby poprosić Cię o jedną rzecz: jeśli masz mi coś do przekazania, tak jak dzisiaj w południe, na moje piąte urodziny, nie bądź taki brutalny.
Dziękuję.
Do jutra, całusy, Oskar.
PS Chciałbym Cię o coś poprosić. Wiem, że mam prawo tylko do jednego życzenia, ale to ostatnie to właściwie nie było życzenie, bardziej rada. Nie miałbym nic przeciwko małym odwiedzinom. Takiej wizycie duchowej. To mi się wydaje super. Chciałbym, żebyś mi taką wizytę złożył. Jestem otwarty od ósmej rano do dziewiątej wieczór. Przez resztę czasu śpię. W ciągu dnia zresztą też zdarza mi się zdrzemnąć, z powodu lekarstw. Gdybyś mnie zastał śpiącego, nie wahaj się mnie obudzić. Byłoby głupio, gdybyśmy się nie spotkali z powodu jednej minuty, nie uważasz?

j00000005LB3v28_00000_BIB_001Eric-Emmanuel Schmitt, Oskar i pani Róża, tłum. Barbara Grzegorzewska, Kraków 2011, s. 15–36.

Po przeczytaniu fragmentu książki Erica‑Emmanuela Schmitta odpowiedz na pytania i wykonaj polecenia:

Ćwiczenie 1.1
R1IaDiQVH7I7j1
zadanie interaktywne
Ćwiczenie 1.2

W której osobie prowadzona jest narracja? Czy narrator zachowuje obiektywizm w opowiadaniu o „szpitalnych wydarzeniach”? Uzasadnij odpowiedź.

Ćwiczenie 1.3

Od czego narrator zaczyna swoją opowieść? Dlaczego, opowiadając o wydarzeniach, nie zachowuje ich chronologii?

Ćwiczenie 1.4

Jaki styl reprezentuje język używany przez narratora? Wskaż cytaty potwierdzające przynależność języka narratora do określonego stylu.

Ćwiczenie 1.5

Dlaczego autor zdecydował się na wybór takiego właśnie stylu?

Ćwiczenie 1.6

Kto z kim rozmawia w utworze? Jakich rozmów brakuje?

Ćwiczenie 1.7

Opracujcie problem relacji między Oskarem i jego rodzicami oraz między Oskarem a jego lekarzem, uwzględniając:

  • to, jak jest,

  • to, jak być powinno,

  • to, dlaczego nie jest tak, jak być powinno,

  • wnioski, jakie się nasuwają.

Ćwiczenie 1.8

W jakim wieku jest ciocia Róża i dlaczego przychodzi do szpitala?

Ćwiczenie 1.9
R1E3lmmIACExC1
zadanie interaktywne
Ćwiczenie 1.10

Czym są dla Oskara listy, które za radą cioci Róży pisze do Pana Boga?

Ćwiczenie 1.11

Co zaskakuje cię w tych listach?

Ćwiczenie 1.12

Odszukaj w tekście zdanie, które ma charakter aforyzmu i skomentuj je.

Ćwiczenie 1.13

Jakie przesłanie kryje w sobie książka? Do kogo jest ono adresowane?

Ćwiczenie 1.14

Jak oceniasz humorystyczny ton książki traktującej o śmierci dziecka?

j00000005LB3v28_000tp001
j00000005LB3v28_000tp002
j00000005LB3v28_000tp003
j00000005LB3v28_0000002N
JPOL_E3_E4_Konteksty

Oskar i pani Róża w adaptacji filmowej

Ćwiczenie 2

Wyszukaj w dowolnym źródle i obejrzyj fragment filmu Oskar i pani Róża w reżyserii Erica‑Emmanuela Schmitta z 2009 roku. W roli Róży wystąpiła Michele Laroquej00000005LB3v28_000tp004Michele Laroque.
Dodatkowo wyszukaj również w dowolnym źródle plakat reklamujący ten film.

Ćwiczenie 3.1

Czy plakat do filmu Oskar i pani Róża wydaje ci się trafioną realizacją plastyczną treści zawartych w książce i filmie? Uzasadnij odpowiedź.

Ćwiczenie 3.2

Zaproponuj własną wersję plakatu do filmu.

j00000005LB3v28_000tp004
j00000005LB3v28_00000037
JPOL_E3_E4_Konteksty

Trudne problemy w powieści Astrid Lindgren Bracia Lwie Serce

Bracia Lwie SerceAstrid Lindgren
Astrid Lindgren Bracia Lwie Serce

W Nangijali

Chciałbym wam opowiedzieć o moim bracie. Nazywa się Jonatan Lwie Serce i o nim będzie ta historia. Mnie ona wydaje się prawie baśnią i nawet trochę, troszeczkę, opowieścią o duchach, a przecież wszystko w niej jest prawdą. Tyle tylko, że nikt o tym nie wie poza mną i Jonatanem. Jonatan nie od początku nazywał się Lwie Serce. Miał na nazwisko Lew, tak samo jak mam i ja. Nazywał się Jonatan Lew.

[…]

A teraz chcę opowiedzieć, jak do tego doszło, że mój brat Jonatan stał się Jonatanem Lwie Serce. No i o tych wszystkich dziwnych rzeczach, które się potem zdarzyły.

Jonatan wiedział, że ja niedługo umrę. Chyba wszyscy o tym wiedzieli oprócz mnie. Wiedzieli nawet w szkole, bo przeważnie leżałem w łóżku i kaszlałem, i ciągle byłem chory, a przez ostatnie półrocze w ogóle nie mogłem chodzić do szkoły. Wszystkie ciocie, którym mama szyje sukienki, też wiedziały. Jedna z nich rozmawiała o tym z mamą i ja słyszałem, co mówiły, chociaż wcale tak nie miało być, bo one myślały, że śpię. A ja tylko leżałem z zamkniętymi oczami. […] Zmartwiłem się oczywiście. […] Potem rozmawiałem o tym z Jonatanem […].

– Wiesz, że mam umrzeć? – spytałem i rozpłakałem się. Jonatan zastanawiał się przez chwilę. Może wolał nie odpowiadać mi, ale w końcu powiedział:

– Tak, wiem – odpowiedział Jonatan po chwili.

Wtedy zacząłem jeszcze bardziej płakać.

– Przecież to okropne. Jak tak może być – pytałem – żeby niektórzy ludzie musieli umierać, nie mając nawet dziesięciu lat?

– Wiesz co, Sucharku, nie wydaje mi się, żeby to było takie okropne. Myślę, że będzie ci wspaniale.

– Wspaniale? – zdziwiłem się. – Czy to wspaniale leżeć w ziemi i nie żyć?

– E tam, to jest tak, jakby twoja skorupka leżała. A ty odfruniesz całkiem gdzie indziej.

– Dokąd? – spytałem, bo zupełnie nie mogłem mu uwierzyć.

– Do Nangijali – powiedział Jonatan.

Do Nangijali. Rzucił to słowo tak, jak gdyby każdy człowiek je znał. Ale ja nigdy jeszcze tego nie słyszałem.

– Nangijala? – spytałem. – Gdzie to jest?

Wtedy Jonatan powiedział, że nie wie dokładnie, że gdzieś po drugiej stronie gwiazd. I zaczął opowiadać o Nangijali w taki sposób, że miało się prawie ochotę natychmiast tam pofrunąć.

– Tam są jeszcze czasy ognisk i baśni – dodał. – To ci się spodoba.

Mówił, że z Nangijali pochodzą wszystkie baśnie i ten, kto się tam znajdzie, ma przygody od rana do wieczora, a nawet w nocy.

Wiesz, Sucharku – mówił – to będzie co innego, niż leżeć tu i kaszleć, i chorować, i nigdy nie móc się bawić.

Jonatan nazywał mnie Sucharkiem. Nazywał mnie tak, kiedy jeszcze byłem całkiem mały, a jak któregoś razu spytałem dlaczego, powiedział, że dlatego, że bardzo lubi sucharki, zwłaszcza takie jak ja. Jonatan naprawdę bardzo mnie lubił, i to było dziwne. Bo ja nigdy niczym innym nie byłem, jak tylko dosyć brzydkim i dosyć głupim, zastrachanym chłopcem na krzywych nogach, i w ogóle. Spytałem go, jak może lubić takiego brzydkiego i głupiego chłopca z krzywymi nogami, i w ogóle, a on wtedy powiedział:

– Gdybyś nie był takim miłym, małym wymoczkiem na krzywych nogach, to nie byłbyś moim Sucharkiem, którego lubię.

Tego jednak wieczoru, kiedy tak bardzo bałem się umrzeć, powiedział, że jak tylko znajdę się w Nangijali, od razu będę zdrowy i silny, a nawet piękny.

– Taki piękny jak ty? – spytałem.

– Piękniejszy – odpowiedział Jonatan.

[…]

– Wiesz Sucharku, ty może też przyfruniesz do mnie któregoś wieczoru. Z  Nangijali. I usiądziesz na oknie jak śnieżnobiała gołębica. Zrób tak, proszę cię!

[…]

Dopiero wtedy przyszło mi na myśl, jakby to było smutno znaleźć się w Nangijali bez Jonatana. Jaki byłbym samotny bez niego. Co z tego, że miałbym mnóstwo bajek i miałbym mnóstwo przygód, gdyby Jonatana nie było. […]

Wtedy Jonatan powiedział, że w Nangijali nie ma czasu w takim sensie, jak tu na ziemi. Gdyby nawet żył dziewięćdziesiąt lat, to mnie by się wydawało, że minęły najwyżej dwa dni. […]

– Przecież dwa dni wytrzymasz sam – mówił. – Możesz włazić na drzewa i rozpalać ognisko w lesie, i siedzieć z wędką nad jakąś małą rzeczką, i robić wszystko to, za czym tak bardzo tęsknisz […]

– A ja tymczasem będę musiał żyć na świecie bez mojego Sucharka. Może nawet dziewięćdziesiąt lat.

Tak nam się wtedy wydawało!

[…]

Teraz dochodzę do tego, co takie ciężkie. Do tego, o czym nie mam siły myśleć. I o czym nie potrafię przestać myśleć. […]

Ciężko mi, nie mogę, nie, nie mogę tego opowiedzieć!

Tak potem napisali w gazecie:

Wczoraj wieczorem niedaleko ulicy Wiciokrzewu wybuchł gwałtowny pożar, powodując całkowite spłonięcie starego, drewnianego domu oraz śmierć jednej osoby. Gdy ogień powstał, w mieszkaniu na drugim piętrze znajdował się sam, chory i leżący w łóżku dziesięcioletni chłopiec, Karol Lew. Chwilę później wrócił do domu jego trzynastoletni brat Jonatan i zanim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, rzucił się do płonącego wnętrza, aby ratować brata. Tymczasem cała klatka schodowa w jednej chwili stanęła w płomieniach , a odciętym przez ogień pozostawało jedynie wyskoczyć przez okno. Przerażeni ludzie, którzy tłumnie zgromadzili się przed domem, musieli bezsilnie patrzeć, jak trzynastolatek wziął brata na plecy i mając za sobą płomienie, bez namysłu wyskoczył przez okno. Padając na ziemię, chłopiec doznał tak silnych obrażeń, że prawie natychmiast zmarł. Natomiast młodszy brat, którego przy upadku ochroniły plecy starszego, wyszedł cało. […]. Przyczyny powstania pożaru nie są znane.

Na innej stronie gazety było więcej o Jonatanie. Napisała o nim pani ze szkoły. Napisała tak:

Drogi Jonatanie Lew, czy nie powinieneś raczej nazywać się Jonatan Lwie Serce? Pamiętasz może, jak czytaliśmy w podręczniku do historii o odważnym królu angielskim Ryszardzie Lwie Serce, i ty powiedziałeś wtedy: „I pomyśleć, że ktoś może być tak odważny, że piszą potem o nim w podręczniku do historii. Ja bym takim nigdy nie potrafił być”. Kochany Jonatanie […] ty też byłeś bohaterem. […] Pusto będzie w klasie bez naszego wesołego, pięknego Jonatana. [..] Odpoczywaj w pokoju, Jonatanie Lwie Serce.

[…] Chyba nie ma w całym mieście człowieka, który by nie żałował Jonatana i nie uważał, że byłoby lepiej, gdybym ja umarł zamiast niego.

[…] A ja mogę tylko szeptać sobie te słowa, które Jonatan powiedział tuż przed śmiercią.

[…] Spróbował się jakby uśmiechnąć i wydobył z siebie tych kilka słów: „Nie płacz, Sucharku. Zobaczymy się w Nangijali”. […]

j00000005LB3v28_00000_BIB_002Astrid Lindgren, Bracia Lwie Serce, tłum. Teresa Chłapowska, Warszawa 2003, s. 5–30.

Po przeczytaniu powyższego fragmentu powieści Astrid Lindgren Bracia Lwie Serce wykonaj następujące polecenia i odpowiedz na pytania:

Ćwiczenie 4.1

Opisz relację łączącą Jonatana i Sucharka.

Ćwiczenie 4.2

W jaki sposób Jonatan pomógł młodszemu bratu oswoić lęk przed śmiercią?

Ćwiczenie 4.3

Czy według ciebie z dziećmi powinno się rozmawiać o sprawach ostatecznych? Uzasadnij odpowiedź.

j00000005LB3v28_0000004Y
JPOL_E3_E4_Zadaniowo

Zadaniowo

Ćwiczenie 5

Napisz charakterystykę tytułowej bohaterki utworu Oskar i pani Róża.

uzupełnij treść
Ćwiczenie 6

Zinterpretuj pisemnie jeden spośród pięciu poniższych cytatów z powieści Erica‑Emmanuela Schmitta Oskar i pani Róża:

  • „Bo są dwa rodzaje bólu, Oskarku. Cierpienie fizyczne i cierpienie duchowe. Cierpienie fizyczne się znosi. Cierpienie duchowe się wybiera”.

  • „Codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy”.

  • „Szczęście domaga się krótkich zdań”.

  • „Najciekawsze pytania wciąż pozostają pytaniami. Kryją w sobie tajemnicę. Do każdej odpowiedzi trzeba dodać »być może«. Tylko na nieciekawe pytanie można udzielić ostatecznej odpowiedzi”.

  • „[...] próbowałem tłumaczyć rodzicom, że życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć”.

uzupełnij treść
Ćwiczenie 7

Zapisz skojarzenia do słowa „śmierć” i ułóż krzyżówkę – jak ją stworzyć, dowiesz się z instruktażowego filmu‑samouczka. Pamiętaj, że litery z hasła „śmierć” mogą się znaleźć na początku, na końcu lub w środku wyrazów tworzących łamigłówkę.

R149DBnXzyp7J1
zadanie interaktywne
RzUXSss5gKVZl1
RtsK34Vnf9lJN1
zadanie interaktywne
Aplikacje dostępne w
Pobierz aplikację ZPE - Zintegrowana Platforma Edukacyjna na androida