1
Polecenie 1

Jaki obraz syna i matki wyłania się z Dziennika gliwickiego? Zacytuj fragmenty, które stanowią podstawę twojego sądu.

R8WeblTdaf3hR
(Uzupełnij).
RelFvqn2xc1JG1
1957-05-23 Dziennik gliwicki (fragmenty) Dziś rano odprowadziłem Matkę do szpitala. 1957-05-25 Dziennik gliwicki (fragmenty) Nie mogę pracować. Wyjechać nie mogę. Muszę odwiedzić Matkę, jest tam sama. Zresztą nie potrafię się zachować – śpieszę się, jestem pusty, ona potrzebuje serdeczności. W domu mnie drażni wszystko. Zacząłem pisać prozę. Jest sobota – późne popołudnie. Sam w pustym mieście. Rozumiem matkę, że jej ciężko leżeć z tą umierającą obok kobietą. Kiedy odchodziła korytarzem, była jak mała dziewczynka. Kocham matkę, jakby była moim chorym małym dzieckiem. Uważam, że wszystkie moje wiersze – albo prawie wszystkie, jakie teraz ogłaszam, są niepotrzebne. Nie stwarza ich konieczność. Żałuję czasu dla chorej matki, wypycham chłopców z pracowni, a potem czytam stare gazety, siedzę z ciężką głową nad papierami. Nie lubię swoich wierszy. Czy mogą być piękne? Dziś od powrotu ze szpitala mam wyrzuty. Trzeba tam było posiedzieć dłużej niż te 15 minut. Potem chciałem jeszcze raz iść do szpitala – ale już było późno. [...] 1957-06-12 Dziennik gliwicki (fragmenty) Byłem u Matki w szpitalu. Pocałowała mnie w rękę i to było… dałbym swoją krew, żeby ją utrzymać przy życiu. Wczoraj było przeszło trzydzieści stopni ciepła, dziś też gorąco. Nie mam ochoty wyjść do miasta. Czuję się osamotniony, opuszczony przez przyjaciół. Jednak wolę zdechnąć tu sam niż ocierać się o warszawskich literatów „moralistów”. Coraz bardziej oddalam się nawet od najbliższych znajomych. A czas, mój czas: moja krew upływa. Trochę żartobliwych wierszy (skąd żart?), słabych. 1957-06-15 Dziennik gliwicki (fragmenty) Nikt nie widzi, jak moje „zapasy” trwonią się i maleją w tej mieścinie, w tym wieloletnim zupełnym odcięciu i milczeniu. Teraz jest czerwiec. Wspaniałe pogodne dni – od tylu lat obiecywałem sobie, że posiedzę gdzieś w lesie, odetchnę… Tkwię tu w tym fabrycznym mieście. Matka leży w szpitalu. „Jest mi wszystko jedno” – powiedziała wczoraj. Nikt nie widzi, jak ginę, i tak jest dobrze. Moja zdrowa natura domaga się powietrza, wody, spacerów, wysiłku fizycznego… ale ja siedzę w tych murach, bezowocne to siedzenie. Kilkanaście zapisanych kart. Powinno się pisać jedną powieść przez całe życie albo jedną sztukę, albo jeden tom wierszy. (Tak robili Dostojewski, Czechow, Mickiewicz). Literaci, którzy pisują „osobne” opowiadania, powieści, wiersze – są powierzchowni. Conrad pisał tylko jeden poemat; podobnie Żeromski. Nasi literaci jak motyle. Z kwiatka na kwiatek. Ale do niczego. Potrafią wszystko, a jakoś mało z tego pożytku. Mnie coś się udawało… […]. To, co moi „krytycy” lub „koledzy po piórze” oceniali jako „powtarzanie się”… – mówili: „Tadeusz R. się powtarza” – to była i może jeszcze jest najcenniejsza rzecz w całej mojej twórczości. Uporczywe przerabianie, powtarzanie, wracanie do tej samej materii i tak… aż do końca. Inne rzeczy będzie już pisał inny człowiek. Inaczej nie można. Albo wpada się w literacką „gadaninę”. 1957-06-17 Dziennik gliwicki (fragmenty) Gorąco. Upały do 40ºC. Czuję się bardzo zmęczony. Nie mogę myśleć. Teraz jest wieczór, trudno oddychać. Pracować nie mogę. Już od kilku lat marzę o tym, aby jeden miesiąc spędzić nad morzem albo w lasach. Nie mogę tego zrealizować. W tym roku mam nawet na to pieniądze. Ale teraz ruszyć się nie mogę. I nie chcę. 1957-06-18 Dziennik gliwicki (fragmenty) Jestem na dnie. To prawie wygląda śmiesznie. Bo tego dna nie ma i trudno by wytłumaczyć najbliższej nawet osobie, na czym to polega. Jestem na dnie. Zwrot retoryczny, naprawdę zużyty, nic nie mówiący. A jednak… Wiem, że to, co piszę, nie ma sensu i wartości. Ale nie mogę krzyczeć. Przecież powinienem już wiedzieć, że nie trzeba wzywać pomocy. Jakie złudzenia mam jeszcze? Kto mnie usłyszy? Matka. Matka z dnia na dzień umiera. Tłoczą w nią obcą krew. A ona leży tam od wielu tygodni. Chyba boi się śmierci? Lekarz dr E. chwalił ją bardzo jako opanowaną, spokojną, dobrą pacjentkę. Nie histeryzuje. Ale życie z wyrokiem śmierci (w sobie) nie jest łatwe. Tym bardziej, kiedy czas oczekiwania jest wypełniony cierpieniami i bezczynnością. Widzę, jak ta choroba zjada matkę. Dotykam jej kostek powleczonych skórą. A ja… chciałbym wyjechać. Nie jest jednak to ważne, co chciałbym – ale to, że siedzę tu, w mieście. Nie potrafię zorganizować sobie życia, wypoczynku, nawet pracy. Żyję nie jak zakonnik – ale jak więzień pozbawiony regulaminu. Nic złożyć. […] 1957-06-25 Dziennik gliwicki (fragmenty) Byłem u matki w szpitalu, zaniosłem jej trochę jedzenia. Teraz jest godzina 18.00. Wróciłem przed chwilą z pola. Ze spaceru. Matka mówi: „To jadą” (myśli o Kamilu i Janku, że jadą na wieś) i ma łzy w oczach. Leży. Brzuch wzdęty od wody. Żółte ręce, kości pokryte skórą. Boli ją głowa, owinęła ręcznikiem. Pali w przełyku. Pali wątroba. Z czym ja chcę walczyć – ze złośliwym nowotworem? A z pisaniem… Co mogę zrobić? Pisarz ze mnie kiepski – obserwator żaden… nie korzystam z nielicznych wycieczek w „życie”. Mówiąc „pisarz”, myślę o pisaniu prozy – z poezją to już zupełnie inna historia. Nie potrafię wydusić z siebie kilku zdań, a myślę o pisaniu książek. Główna rzecz to zorganizowanie czasu. Z tym najgorzej. Pracuję właściwie od rana do nocy – całymi latami nie wyjeżdżam na „wakacje” – powinienem mieć trzy razy więcej rzeczy napisanych. Właściwie nawet z chłopcami się nie pobawię, chociaż tęsknię za tym. „Jak mnie boli, to tylko się zwinę i odwrócę do ściany, i tak leżę cichutko…” Tu nie chodzi tylko o miseczkę z jedzeniem. Trzeba ją powoli wyciągnąć spod tej ściany, odebrać złe myśli. Ach, jaki człowiek jest bezradny. Nie mogę się zgodzić, nie chcę jej oddać. Zrobili więc te dwa zastrzyki, zrobili nie według przepisu, „może kilka strzykawek tej wody wyciągnąć…”. Czemu ja grzeszny myślę o wyjeździe do Krakowa. Nie pojedziesz teraz nigdzie.[…] 1957-07-02 Dziennik gliwicki (fragmenty) Jest wieczór. Obok w pokoju żali się matka. Trzymała mnie za rękę i mówiła. Przywiozłem ją wczoraj ze szpitala. Kogo ja mam prosić o łaskę, aby tak nie cierpiała. W południe było 36ºC. Odwiozłem Janka, Kamila i Wiesławę do Katowic – wsadziłem ich do pociągu. Pojechali na wieś. Jak ona biedna cierpiała przez wszystkie lata od śmierci Janusza – (do dziś – do tego dnia) nie mogę myśleć o tym, co gestapo z nim zrobiło. 1957-07-03 Dziennik gliwicki (fragmenty) Dziś rano matka traciła przytomność, nie poznawała mnie – mówiła: „Wszyscy gdzieś odeszli: Janusz, Stasiu, Ojciec”. Dusiła ją wzbierająca woda. Przed wyjściem rano zrobiłem jej masaż nóg i plecy natarłem olejkiem kamforowym. Powiedziała w pewnej chwili „głupie życie”. Po południu sprowadziłem lekarza. Matka zjadła trochę… lodów, o które prosiła jak dziecko. Na obiad trochę kartofli z cielęciną. Prosiła, żeby poduszki przełożyć, chce leżeć przy oknie, widzieć – „zielony ogródek… ptaszek śpiewa”. Prosiła mnie, żebym coś zjadł. „Czy naprawdę zjadłeś?” „Nie chcę tu leżeć między Niemcami; chcę w… albo w Częstochowie… w Częstochowie”. Byłem w polu. Przyniosłem trochę rumianków. Nie mam żadnych pragnień prócz spaceru po lesie i nie mogę tego sobie urządzić. Nie potrafię. Po trzech dniach… Mówi się o bohaterskich ludziach, którzy zamykali się w „pustelniach”, wyrzekali się „życia”, byle pracować i myśleć – ale ja, ja jestem takim żebrakiem, że od lat marzę o celi, w której mógłbym przez pół roku spokojnie pisać. Nie, to widocznie zbyt wielkie szczęście – zbyt wiele wymagam, prawda? Najgorsze to dla mnie, że muszę ją zostawić samą z jej cierpieniem – bo przecież i moja obecność ją męczy.[…] 1957-07-05 Dziennik gliwicki (fragmenty) Wczoraj poprosiłem zakonnicę, siostrę Beatrycze, żeby przyszła dziś rano zrobić zastrzyk. Chodzi o „spuszczenie wody” – to matkę dusi. Nacierałem matce boki olejkiem i spirytusem, boli ją – jakby się zaziębiła. W nocy się załatwiła. Chciała sama, upadła. Kiedy przybiegłem – przepraszała, płakała, „nie ma kału, to tylko mocz się rozlał”. Jest teraz piąta rano – zaczyna się znów upał – słońce już przygrzewa. Nie ma czym oddychać. Od dwóch tygodni takie upały. Zakonnica była o godzinie szóstej. Przez 15 minut nie mogła trafić w żyłę, zwiotczałe uciekają. Od dwóch dni jest Stasiu i Ojciec. Słyszę w tej chwili dzwonek w korytarzu. Do Matki przyszedł ksiądz z komunią. Matka po przyjęciu ostatniego namaszczenia powiedziała: „Tak mi jest dobrze, Tadziu”. Matka przyjęła komunię, modli się. Koło południa upał staje się nie do wytrzymania. Już rano w cieniu było przeszło 30ºC. Siedzę u siebie w pokoju i pocę się. Na dworze robi się piekło, nie ma czym oddychać, chyba jest 50ºC, a ta biedna (ten biedny Hiob) matka umiera. Czy mam jej życzyć śmierci? Niech choć patrzy, niech coś powie, półprzytomna niech wykona ruch ręką. Przeklęty czas, najgorętszy lipiec, jaki pamiętam w życiu. Właśnie teraz ani chmurki na niebie i to okrutne słońce, od którego mi się robi ciemno w oczach. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby żyła jeszcze bez cierpień przez kilka tygodni, ale nie śmiem marzyć o takim szczęściu. 1957-07-07 Dziennik gliwicki (fragmenty) Matka żyje. Może tylko przełykać płyny. Wczoraj i dzisiaj założyłem jej czopki z morfiną. Była Mirka, Zosia R. Matka trochę mówiła. O lasach. Matka wychowała się wśród lasów, spędziła w lasach dzieciństwo. Matka poruszyła ręką, kiedy się do niej zbliżyłem, zaczęła mówić – szeptem, spalonym głosem: „Jak byłam młodą dziewczyną, to w lesie wyszukałam pod dwoma drzewami malutkie źródło, była w nim czysta i zimna woda, nabierałam dłonią albo się kładłam na brzuchu i tak…” matka wysunęła język i robiła nim kilka ruchów – jak kot, który pije mleko z miseczki. Przestała mówić, po chwili znów powiedziała zdanie: „Lasy to piękne, nie tak jak ludzie. Kiedy jaskółki szykują się do odlotu do ciepłych krajów, robią taką wielką kulę, okrągłą, czarną i ta kula unosi się w powietrzu…”. Znów pomilczała, potem szeptała dalej: „Raz siedziałam w lesie, z drzew wyszła stara sarna i patrzyła tak… potem wróciła i przeprowadziła dzieci, dwie małe sarenki, przez polanę”. „A kiedyś widziałam taką białą chmurę na łąkach, to były bociany”. „Przyroda jest taka piękna, a oni rzucają bombę”. „Od jutra muszę jeść sucharka rano, bo tu się wszystko ścisło i nic z głodu nie przechodzi. Umrę z głodu”. Posadziłem matkę na fotelu. Posiedziała i w pewnej chwili mówi: „pójdziemy…”. Nie zorientowałem się, myślałem, że mówi, że kiedyś pójdziemy gdzieś daleko – a ona mówiła o tym, że „pójdziemy” z fotela na łóżko – dwa kroki. Po zrobieniu tych dwóch kroków położyła się bokiem na łóżku zmęczona i zdyszana. Obiecałem, że jak będzie mocniejsza, to ją jutro zaprowadzę na balkon, żeby zobaczyła trawnik na dole. Wczoraj spadł deszcz, a dziś znów upał przeszło trzydzieści stopni. Jestem zmęczony, senny. […] 1957-07-12 Dziennik gliwicki (fragmenty) Pomyliłem daty. Noc przy matce. Matka mówi coraz mniej, wymawia coraz mniej słów: jak by traciła słowa. Mówi czasem bardzo niewyraźnie, prawie bełkocze, szczególnie po przebudzeniu. Najczęściej powtarzające się słowa: „powietrza, wody, pali, boli”. Porozumiewa się przy pomocy spojrzeń i znaków. Wczoraj był lekarz. W nocy matka nie spała. Budzi się co chwila. Bełkot niemowlęcia to bełkot, z którego ukształtują się słowa życia – bełkot u odchodzącego to zanikanie, rozkład, rozpad słów prowadzący do milczenia ostatecznego. Jest chorym małym dzieckiem. 1957-07-13 Dziennik gliwicki (fragmenty) Matka jak ptaszek – wypija trochę wody, zje kilka okruszyn sucharka i tak cały dzień, ale nie ma siły podnieść głowy, ruszyć nogą. Trzeba ją wysadzać; to dla niej bolesne. Dziś szła z niej od rana żółć. Prosi, żeby ją ostrożnie podnieść do góry. Byłem dzisiaj godzinę w polu. Już idą żniwa. Nie widziałem, kiedy przyszło lato.[…] 1957-07-16 Dziennik gliwicki (fragmenty) Godz. l.00 w nocy – Matka umiera. „Weź mnie”. Jest godzina 10.00 rano, matka jeszcze nie umarła. Zerwała się ulewa. Ani Ojciec, ani Staś jeszcze nie przyjechali. „Weź mnie, weź mnie, mamo” – wyciągnęła ręce, nie do mnie. Matka umarła o godz. 10.20 rano. Carcinoma ventriculi […] 1957-07-20 Dziennik gliwicki (fragmenty) Dziś wyjechał Staś i Ojciec. Siedzę sam w pokoju, w mojej „pracowni”. Jest cicho. Rozmawiam i zawsze będę rozmawiał z Tobą Mamo. Będę z Tobą rozmawiał tak, jakbyś była przy mnie. Dziś o godz. 6.30 była msza żałobna. Klęczałem i nie modliłem się na mszy, powtarzałem za księdzem… zdrowaś Maryja, łaskiś pełna, przecież już prawie od dwudziestu lat nie modlę się. To Tobie ksiądz ubrany w czarny ornat śpiewał „spoczywaj w pokoju”. Twój grób jest na małym cmentarzu: dokoła pola, a przy grobie wielkie kasztany. Na krzyżu jest tabliczka z Twoim imieniem i nazwiskiem – i słowa „prosi o westchnienie do Boga” – to ja i Staś podyktowaliśmy te słowa przedsiębiorcy pogrzebowemu. Mamo, kochanie moje, jesteś przy mnie. Będę z Tobą mówił, będę pracował, myśląc o Tobie. O Twoim nikłym dobrym uśmiechu na żółtej, strasznie wychudzonej twarzy – kiedy straciłaś przytomność. Moja Dobra, Kochana Staruszko, oddychać mi trudno. Ale piszę te słowa jak list do Ciebie. Byłaś moją trwogą, strachem, radością i oddechem. Miła, całuję Twoje rączki wyschłe i opuchnięte nogi, Twoje oczy – Twoje sine ręce, kiedy konałaś. Całuję Twoje zbolałe ciało, które oddałem naszej matce wielkiej – ziemi.
1
Polecenie 2

Wyjaśnij, co jest przedmiotem rozważań poety w przedstawionych fragmentach Dziennika?

R11sDV4n5o66A
(Uzupełnij).
1
Polecenie 3

Znajdź fragmenty Dziennika gliwickiego, które mogą świadczyć o żałobnym charakterze wypowiedzi.

ReDobarWJDwnh
(Uzupełnij).
1
Polecenie 4

Przypomnij Treny Jana Kochanowskiego. Które fragmenty dziennika Tadeusza Różewicza można z nimi zestawić? Zwróć uwagę nie tylko na podobieństwa, wskaż i scharakteryzuj różnice.

R1a8aPam132JH
(Uzupełnij).
1
Polecenie 5

Odnieś przedstawioną w dzienniku sytuację matki do biblijnego Hioba i rozważ problem sensu cierpienia w obu tekstach.

R1d13GH1MnFRd
(Uzupełnij).