Dowiedz się
Forma
Jednym z centralnych problemów, poruszonych w Ferdydurke Witolda Gombrowicza, jest Forma. Jak pisze Agnieszka Urbańska:
Ferdydurke, czyli studium nad Formą – o kłopotach w recepcji Gombrowiczowskiego dzieła i o recepcie na prawidłowe jego odczytaniePonieważ Ferdydurke jest powieścią o Formie, powieścią, która nawołuje do walki i stawiania oporu wszelkim Formom, Gombrowicz pisząc ją, musiał zastosować się do głoszonych przez siebie postulatów, co dowodzi zarazem jego żelaznej konsekwencji. Autor Ferdydurke nie tylko skłania czytelnika do zastanowienia się nad problemem Formy, ale wychodząc poza przyjęty schemat i łamiąc przyjętą powszechnie konwencję, wręcz zmusza czytelnika do dosłownego zmierzenia się z Formą, każe mu odzwyczaić się od reguł językowych i zasad literackich, które do tej pory znał, każe zerwać ze starymi przyzwyczajeniami, ze starą Formą i zwrócić się ku nowej, innej: Gombrowiczowskiej.
Źródło: Agnieszka Urbańska, Ferdydurke, czyli studium nad Formą – o kłopotach w recepcji Gombrowiczowskiego dzieła i o recepcie na prawidłowe jego odczytanie , [w:] POSTSCRIPTUM POLONISTYCZNE, 2014, s. 378.

Owo skupienie na Formie, która zdaje się być istotniejsza niż treść, ukazuje już tytuł dzieła, wydawałoby się, że nic nieznaczący, nie będący słowem ani imieniem. Fabuła jest banalna, opowiada bowiem o losach Józia, przeciętnego chłopca zmagającego się z Formą. Akcja powieści również rozgrywa się w miejscach przeciętnych: szkole, domu oraz ziemiańskim dworku. Pojęcie formy zajmuje centralne miejsce w gombrowiczowskiej filozofii sztuki i refleksji na temat kultury i życia społecznego. Pisarz wielokrotnie podejmował tę problematykę w wydawanych od roku 1957 Dziennikach, a także w twórczości dramatycznej. Najpełniejszy wykład swojego rozumienia formy zawarł w Przedmowie do Filidora dzieckiem podszytego - eseju włączonym do powieści Ferdydurke.
Przedmowa do Filidora dzieckiem podszytego(fragment)
Jak dotychczas, wciąż wam się wydaje, że to uczucia, instynkty, idee rządzą naszym zachowaniem, a formę skłonni jesteście uważać za powierzchowny dodatek i zwykłą ozdóbkę. I gdy wdowa, idąc za trumną męża, do rozpuku szlocha, sądzicie, że szlocha, ponieważ ciężko odczuwa swą stratę. Gdy jakiś inżynier, lekarz lub adwokat zamorduje swą żonę, dzieci albo przyjaciela, uważacie, że dał się porwać swym krwawym instynktom. Gdy zaś jakiś polityk głupio się wypowie, uznacie, że głupi, ponieważ same głupstwa mówi. Lecz w Rzeczywistości sprawa przedstawia się, jak następuje: że istota ludzka nie wyraża się w sposób bezpośredni i zgodny ze swoją naturą, ale zawsze w jakiejś określonej formie i że forma owa, ów styl, sposób bycia nie jest tylko z nas, lecz jest nam narzucony z zewnątrz – i oto dlaczego ten sam człowiek może objawiać się na zewnątrz mądrze albo głupio, krwawo lub anielsko, dojrzale albo niedojrzałe, zależnie od tego, jaki styl mu się napatoczy i jak uzależniony jest od innych ludzi. I jeśli robaki, owady cały dzień uganiają się za pożywieniem, my bez wytchnienia jesteśmy w pościgu za formą, użeramy się z innymi ludźmi o styl, o sposób bycia nasz, i jadąc tramwajem, jedząc, zabawiając się lub wypoczywając, lub załatwiając interesy – zawsze, bez przerwy szukamy formy i rozkoszujemy się nią lub cierpimy przez nią i przystosowujemy się do niej lub gwałcimy i rozbijamy ją, lub pozwalamy, aby ona nas stwarzała, amen.
O, potęga Formy! Przez nią umierają narody. Ona wywołuje wojny. Ona sprawia, że powstaje w nas coś, co nie jest z nas. Lekceważąc ją nie zdołacie nigdy pojąć głupoty, zła, zbrodni. Ona rządzi naszymi najdrobniejszymi odruchami. Ona jest u podstawy życia zbiorowego.
Źródło: Witold Gombrowicz, Przedmowa do Filidora dzieckiem podszytego, [w:] tegoż, Ferdydurke, Kraków 1989, s. 78–79.

Poszczególne historie ukazane w Ferdydurkestanowią ilustrację gombrowiczowskiej koncepcji formy. Są jej podporządkowane literatura i sam status pisarza, począwszy od formy powieści aż po sposoby odbioru dzieła i relacje w środowisku twórczym. Forma określa stosunki panujące w szkole: między nauczycielami a uczniami, a także wśród samych uczniów. Nawet gdy podejmują oni próbę wywalczenia sobie niezależności, też stwarzają własne formy. Nowoczesność i deklarowane wyzwolenie Młodziaków również okazują się jedynie fasadą. Forma rządzi konserwatywnym środowiskiem ziemiańskim, które nie jest w stanie wyjść poza utrwalone przesądy i schematy postrzegania świata. Nie inaczej dzieje się z naukowcami, którzy w swoich działaniach intelektualnych dążą (jak Syntetyk i Analityk) do formalizowania zasad porządkujących rzeczywistość. Wszyscy oni pozostają niewolnikami formy i wszyscy zostają zdemaskowani. Paradoks polega na tym, że choć człowiek tęskni za autentycznością, nie jest w stanie funkcjonować poza Formą, gdyż bez niej nie potrafi budować relacji z innymi ludźmi.

Zjawienie się profesora PimkiWzburzenie pcha mnie do papieru. Wyciągam papier z szuflady i oto poranek nastaje, słońce zalewa pokój, służąca wnosi ranną kawę i bułeczki, a ja pośród form błyszczących i cyzelowanych zaczynam pisać pierwsze stronice dzieła mojego własnego, takiego jak ja, identycznego ze mną, wynikającego wprost ze mnie, dzieła suwerennie przeprowadzającego własną rację moją przeciw wszystkiemu i wszystkim, gdy nagle dzwonek się rozlega, służąca otwiera, we drzwiach ukazuje się T. Pimko, doktor i profesor, a właściwie nauczyciel, kulturalny filolog z Krakowa, drobny, mały, chuderlawy, łysy, i w binoklach, w spodniach sztuczkowych, w żakiecie, z paznokciami wydatnymi i żółtymi, w bucikach giemzowych, żółtych.
Czy znacie profesora?
Czy znany wam profesor?
Profesor?Hola, hola, hola, hola, hola! Na widok tej Formy, tak przeraźliwie zdawkowej i doszczętnie zbanalizowanej, rzuciłem się na moje teksty zakrywając je całym ciałem, lecz on usiadł, wobec czego i ja musiałem usiąść, a usiadłszy złożył mi kondolencje z powodu śmierci pewnej ciotki, która umarła dość dawno i o której zupełnie zapomniałem.
[...]
Świat mój się załamał i zorganizował naraz na zasadzie belfra klasycznego. Nie mogłem rzucić się na niego, bo siedziałem, a siedziałem dlatego, że siedział. Ni z tego, ni z owego siedzenie wybiło się na plan pierwszy i stało się największą przeszkodą. Wierciłem się przeto na siedzeniu nie wiedząc, co zrobić i jak się zachować, zacząłem ruszać nogą, spoglądać po ścianach i obgryzać paznokcie, a przez ten czas on konsekwentnie i logicznie siedział, mając siedzenie zorganizowane i wypełnione czytającym belfrem. Trwało to okropnie długo. Minuty dłużyły jak godziny, a sekundy rozszerzały się i czułem się nieporęcznie jak morze, które by ktoś chciał wypić przez rurkę. Jęknąłem:
– Na Boga, tylko nie belfer! Nie belfrem!
Kanciasty, sztywny belfer mnie zabijał. Lecz on nadal czytał belfrem i moje żywiołowe teksty asymilował belfrem typowym, trzymając arkusz blisko przed oczyma, a za oknem kamienica stała, dwanaście okien wszerz i wzdłuż! Sen?! Jawa?
[...]
Co? Co? Chciałem krzyknąć, że nie jestem uczeń, że zaszła pomyłka, porwałem się do ucieczki, ale coś mnie z tyłu chwyciło jak w kleszcze i przygwoździło na miejscu – dziecięca, infantylna pupa mnie chwyciła. Z pupą nie mogłem się ruszyć, belfer zaś wciąż siedział i siedząc, wyrażał tak doskonałą belferskość, że zamiast krzyczeć, wystawiłem dwa palce do góry, jak to robią uczniowie w szkole, gdy chcą się odezwać. Pimko skrzywił się i rzekł:
– Niech Kowalski siedzi. Znowu do klozetu?
I siedziałem w nierealnym nonsensie jak we śnie, zakneblowany, zbelfrzony i zabelfrowany, siedziałem na dziecinnej pupci – on zaś siedział jak na Akropolu i zapisywał coś w notesie. Wreszcie rzekł:
– No, Józiu, chodź, pójdziemy do szkoły.[...]
Policja! Zbyt głupie! Zbyt głupie, aby być mogło! Niemożliwe, ponieważ zbyt głupie! Lecz zbyt głupie, abym mógł się opierać... Nie mogłem wobec belfra zdawkowego, który był belfrem banalnym. Zupełnie jak kiedy was kto zagadnie zbyt banalnie i zdawkowo, nie możecie, tak właśnie i ja nie mogłem. Idiotyczna, infantylna pupa paraliżowała, odbierając wszelką możliwość oporu; pędząc truchtem obok kolosalnego, który sadził wielkimi krokami, ani rusz nie mogłem z pupą. Żegnaj, Duchu, żegnaj – rozpoczęte dzieło, żegnaj formo własna i prawdziwa, witaj, witaj, formo straszna, infantylna, zielona i niewypierzona!
Źródło: Witold Gombrowicz, Zjawienie się profesora Pimki, [w:] tegoż, Ferdydurke, Kraków 1989.
Gęba
Słownik języka polskiego definiuje „gębę” jako potoczne określenie narządu służącego do mówienia bądź jedzenia oraz picia. Jest to zatem synonim ust, a także twarzy człowieka lub zwierzęcego pyska.
Tymczasem w powieści Witolda Gombrowicza Ferdydurke gęba
stanowi przeciwieństwo twarzy. Twarz jest niepowtarzalna, to znak rozpoznawczy człowieka; odmalowują się na niej myśli i emocje człowieka. „Gębę” zaś przyprawiają sobie i innym ludzie. To cechy cechy, intencje i wyobrażenia o tym, kim powinniśmy być w relacjach międzyludzkich. Gębę
z powieści Gombrowicza należy zatem interpretować jako sposób istnienia człowieka wśród innych ludzi, ale też jako symbol walki z Formą. Jednocześnie „gęba” wskazuje jednoznacznie na człowieka, to bowiem do niego najczęściej ów termin się odnosi. Pojęcie gęby
jest zatem kluczem do gombrowiczowskiej antropologii. Jej zasady badacz relacji społecznych Janusz Goćkowski ujmuje następująco:
Świat wieczystych aktorów (Gombrowiczowska antroposocjologia Formy)Twierdzenie pierwsze: ludzie są wieczystymi aktorami z samej swej istoty. Grają bowiem nie tylko rozmaite role społeczne, związane z przynależnością do różnych grup czy kręgów oraz uczestnictwem czy obecnością w różnych sytuacjach. Grają, przede wszystkim, zawsze i wszędzie – rolę człowieka, ich człowieczeństwo jest aktorstwem. Gombrowicz tak ujmuje ten rys ludzi jako gatunku: „Wieczysty aktor, ale aktor naturalny, ponieważ sztuczność jest mu wrodzona, ona stanowi cechę jego człowieczeństwa – być człowiekiem to znaczy udawać człowieka – być człowiekiem to «zachowywać się» jak człowiek, nie będąc nim w samej głębi – być człowiekiem to recytować człowieczeństwo”. Człowieczeństwo jest więc aktorstwem, gdyż wszelkie spotkania międzyludzkie wymagają teatru i tworzą teatr. Życie społeczne tworzy i kształtuje człowieczeństwo każdego z nas. Istotną zaś właściwością tego życia jest endogenność jego teatrotwórczej funkcji. Dochodzimy do źródła wieczystego aktorstwa ludzkiego. Twierdzenie drugie: człowieczeństwo każdego z nas jest, zawsze i wszędzie, stwarzane dzięki spotkaniom ludzi i w trakcie spotkań. [...] Swą wizję człowieczeństwa tworzonego wśród ludzi, przez ludzi i dla ludzi (z uwagi na nich) wypowiada Gombrowicz w słowach: „Człowiek poprzez człowieka. Człowiek względem człowieka. Człowiek stwarzany człowiekiem. Człowiek spotęgowany człowiekiem. Czy to moje złudzenie, że widzę w tym utajoną nową rzeczywistość?”
Źródło: Janusz Goćkowski, Świat wieczystych aktorów (Gombrowiczowska antroposocjologia Formy), „Teksty” 1976, nr 4–5, s. 239–240.

Zjawienie się profesora Pimkirozdział III: Przyłapanie i dalsze miętoszenie (fragment)
Nagle w opustoszałej i zamkniętej klasie znaleźliśmy się w siedmiu, tj. oprócz Pylaszczkiewicza i Miętusa – Myzdral, Hopek, Pyzo, niejaki Guzek, drugi arbiter Syfona, no i ja pośrodku, jako superarbiter, oniemiały superarbiter arbitrów. I rozległ się ironiczny, choć groźbą brzemienny głos Pyzy, który cokolwiek pobladły odczytywał z karteczki warunki spotkania:
– Przeciwnicy staną naprzeciwko siebie i oddadzą serię min kolejnych, przy czym na każdą budującą i piękną minę Pylaszczkiewicza Miętalski odpowie burzącą i szpetną kontr‑miną. Miny – jak najbardziej osobiste, swoiste i wsobne, jak najbardziej raniące i miażdżące – stosowane być mają bez tłumika aż do skutku.
Zamilkł – a Syfon i Miętus zajęli wyznaczone stanowiska, Syfon potarł policzki. Miętus ruszył szczęką – i Myzdral odezwał się podzwaniając zębami.
– Możecie zaczynać!
I właśnie gdy to mówił, że „mogą zaczynać”, właśnie gdy powiedział, że „zaczynać mogą”, rzeczywistość przekroczyła ostatecznie swe granice, nieistotność skulminowała się w koszmar, a zdarzenie z nieprawdziwego zdarzenia stało się zupełnym snem – ja zaś tkwiłem w samym środku przyłapany jak mucha w sieci, nie mogąc się ruszyć. Wyglądało, jak gdyby na drodze długiego ćwiczenia osiągnięto nareszcie stopień, na którym zatraca się twarz. Frazes przeistoczył się w grymas, a grymas – pusty, czczy, próżny, jałowy – złapał i nie puszczał. Nie byłoby dziwne, gdyby Miętus i Syfon ujęli twarze w ręce i cisnęli na siebie – nie, nic już nie mogło być dziwne. Zabełkotałem: – Miejcie litość nad swymi twarzami, miejcie litość nad moją przynajmniej, twarz nie jest przedmiotem, twarz podmiotem jest, podmiotem, podmiotem! – Ale już Syfon wystawił twarz i odwalił pierwszą minę tak gwałtownie, że i moja twarz skręciła się jak gutaperka. Mianowicie – zamrugał jak ktoś, kto wychodzi na światło z ciemności, rozejrzał się na prawo i lewo z nabożnym zdumieniem, zaczął przewracać gałkami ocznymi, wystrzelił nimi w górę, wybałuszył, otworzył usta, krzyknął z cicha, jakby coś tam dojrzał na suficie, przybrał wyraz zachwycenia i trwał w nim, w upojeniu i w natchnieniu; po czym przyłożył rękę do serca i westchnął.
Miętalski skurczył się, skulił i uderzył w niego z dołu następującą przedrzeźniającą, druzgocącą kontrminą: także przewracał, także podniósł, wybałuszył, także rozdziawił w stanie cielęcego zachwycenia i obracał w kółko tak spreparowaną twarzą, póki do jadaczki nie wpadła mu mucha; wtenczas zjadł ją.
Syfon nie zwracał na to uwagi, zupełnie jakby pantomina Miętusa nie istniała (miał bowiem nad nim tę wyższość, że dla zasad czynił, nie dla siebie), lecz wybuchnął płaczem gorącym, żarliwym i szlochał osiągając w ten sposób szczyt pokajania, objawienia i wzruszenia. Miętus też zaszlochał i szlochał tak długo i obficie, póki z nosa nie pojawiła mu się kapka – wówczas strząsnął ją do spluwaczki osiągając w ten sposób szczyt obrzydliwości. To zuchwałe bluźnierstwo przeciw najświętszym uczuciom wyprowadziło jednak Syfona z równowagi – nie wytrzymał, mimo woli dostrzegł i z tej irytacji, na marginesie szlochów, spiorunował śmiałka wściekłym spojrzeniem! Nieostrożny! Miętus tylko na to czekał! Gdy poczuł, że udało mu się ściągnąć na siebie wzrok Syfona z wyżyn, momentalnie wyszczerzył się i wypiął gębę tak obmierzle, że tamten, ugodzony do żywego, syknął. Zdawało się, że Miętus górą! Myzdral i Hopek wydali ciche westchnienie! Za wcześnie! Za wcześnie wydali!
Bo Syfon – orientując się w porę, że niepotrzebnie zagalopował się na twarz Miętusa i że z irytacji własna zaczyna mu odmawiać posłuszeństwa – prędko się wycofał, doprowadził do porządku rysy, z powrotem wystrzelił wzrokiem w górę, a co więcej, wysunął naprzód jedną nogę, zwichrzył trochę włosy, kosmyk nieznacznie wypuścił na czoło i trwał tak samowystarczalnie, z zasadami i ideałami; po czym podniósł rękę i nieoczekiwanie wystawił palec wskazując wzwyż! Cios był bardzo gwałtowny!
Miętus natychmiast wystawił ten sam palec i napluł na niego, podłubał nim w nosie, drapał się nim, spotwarzał, jak mógł, jak umiał, bronił się atakując, atakował broniąc się, ale palec Syfona ciągle, niezwyciężony, trwał na wysokościach. I nie skutkowało, że Miętus gryzł swój palec, wiercił nim w zębach, skrobał w piętę i robił wszystko, co w mocy ludzkiej, żeby go zohydzić – niestety, niestety – nieubłagany, niezwyciężony palec Pylaszczkiewicza trwał wymierzony w górę i nie ustępował. Położenie Miętalskiego stawało się straszne, gdyż wyczerpał już wszystkie swe ohydy, a palec Syfona ciągle i ciągle wskazywał do góry. Groza ścięła arbitrów i super‑arbitra! Ostatecznym kurczowym wysiłkiem Miętus skąpał swój palec w spluwaczce i wstrętny, spotniały, czerwony, potrząsał nim rozpaczliwie przed Syfonem, lecz Syfon nie tylko nie zwrócił uwagi, nie tylko nawet nie drgnął palcem, ale jeszcze w dodatku twarz mu pokraśniała jak po burzy tęcza i odmalował się na niej siedmioma barwami cudny Orlik‑Sokół oraz czyste, niewinne, nieuświadomione Chłopię!
– Zwycięstwo! – krzyknął Pyzo.
Miętus wyglądał okropnie. Cofnął się aż pod ścianę i rzęził. Charczał, toczył pianę z pyska, złapał się za palec i ciągnął go, ciągnął chcąc wyrwać, wyrwać z korzeniem, odrzucić, zniszczyć tę wspólność z Syfonem, odzyskać niezależność! Nie mógł, choć ciągnął z całej mocy, bez względu na ból! Niemożność znowu dała się we znaki! A Syfon mógł zawsze, mógł bez przerwy, spokojny jak Niebo, z palcem wzniesionym do góry, nie gwoli Miętusowi naturalnie i nie gwoli sobie, lecz zasadom gwoli! O, co za potworność! Oto jeden wypaczony, wyszczerzony w jedną, drugi w drugą stronę! A pośród nich ja, superarbiter, na wieki chyba uwięziony, więzień cudzego grymasu, cudzego oblicza. Twarz moja, jakby zwierciadło ich twarzy, również pokraczniała, przerażenie, wstręt, zgroza żłobiły na niej niezatarte piętno. Pajac pomiędzy dwoma pajacami, jakże miałbym zdobyć się na coś, co by nie było grymasem? Palec mój u nogi tragicznie wtórował ich palcom, a ja grymasiłem, grymasiłem i wiedziałem, że zatracam siebie w tym grymasie. Nigdy już chyba nie ucieknę Pimce. Nie wrócę do siebie. O, co za potworność! I co za cisza straszna! Bo cisza chwilami była doskonała, żadnego szczęku oręża, wyłącznie miny i bezgłośne ruchy.
Wtem rozdarł ją przeraźliwy wrzask Miętusa:
– Trzymaj! Łapaj! Bij! Zabij!
Co to? Czy jeszcze coś nowego? Czy jeszcze coś? Czy nie dosyć? Miętus spuścił palec, rzucił się na Syfona i strzelił go w gębę – Myzdrał i Hopek rzucili się na Pyzę, Guzka i strzelili w gęby! Zakotłowało się. Kłębowisko ciał na podłodze, nad którym stałem nieruchomy jak superarbiter. Nie upłynęła minuta, a Pyzo i Guzek leżeli jak kłody, związani szelkami, Miętus zaś zasiadł okrakiem na piersiach Syfona i zaczął się chełpić strasznie.
– No co, robaczku, ty Chłopię niewinne, ty myślałeś, że mnie zwyciężyłeś Paluszek do góry i kontent, co? To ty, cacusiu (i użył najokropniejszych wyrażeń), łudziłeś się, że Miętus nie da sobie rady? Pozwoli owinąć się na twoim paluszku? A ja ci powiem, że jeśli nie można inaczej, to siłą ściąga się na dół paluszek!
– Puszczaj... – wyrzęził Syfon.
– Puścić! Zaraz cię wypuszczę! Zaraz wypuszczę, tylko nie wiem, czy zupełnie takim, jakim jesteś. Pogadamy sobie! Nadstaw uszko! Na szczęście jeszcze można dostać się do ciebie... na siłę... przez uszy... Już ja ci się dostanę do środka! Nadstaw, mówię, uszko! Poczekaj, niewiniątko, powiem ci coś...Nachylił się nad nim i poszeptał – Syfon zzieleniał, kwiknął jak zarzynane prosię i rzucił się jak ryba wyjęta z wody. Miętus go przydusił! I wytworzyła się pogoń na podłodze, gdyż gonić zaczął ustami to jedno, to drugie znów ucho Syfona, który, turlając głową, uciekał z uszami – i zaryczał widząc, że nie może uciec, zaryczał, by zagłuszyć zabójcze, uświadamiające słowa, i ryczał ponuro, okropnie, stężał, zapamiętał się w rozpaczliwym i pierwotnym wrzasku, aż wierzyć się nie chciało, iżby ideały wydać mogły ryk podobny dzikiemu bawołu na puszczy. Oprawca zaś również zaryczał:
– Knebel! Knebel! Knebel wsadź! Gapo! Co się gapisz? Knebel! Chusteczkę od nosa wsadź!To na mnie tak wrzeszczał. To ja miałem chusteczkę wsadzić! Bo Myzdrał i Hopek siedzieli okrakiem, każdy na swoim arbitrze, ruszyć się nie mogli. Nie chciałem! Nie mogłem! Stałem nieruchomo i wstręt mnie zdjął do ruchu, do słowa i do wszelkiego w ogóle w y r a z u. O, superarbiter! Trzydziestak, trzydziestak, gdzie trzydziestak mój, gdzie mój trzydziestak? Nie ma trzydziestaka!
Źródło: Witold Gombrowicz, Zjawienie się profesora Pimki, [w:] tegoż, Ferdydurke, Kraków 1989.
Słownik
(gr. éndon – wewnątrz, genḗs – tworzący) – wewnętrzność przynależność do istoty jakiegoś zjawiska
(wł. caricatura – przeładowanie) – sposób przedstawienia postaci literackiej polegający na wyolbrzymieniu i pełnym przesady wyjaskrawieniu pewnych cech wyglądu zewnętrznego lub postawy wobec życia, mający na celu ośmieszającą charakterystykę
(łac. conventio) – ogólnie przyjęte w jakimś środowisku normy postępowania, myślenia itp.
(łac. infantilis – dziecinny, dziecięcy) – czynienie infantylnym, czyli zachowującym się jak dziecko; też: świadczący o czyjejś niedojrzałości
(gr. anthropos – człowiek + logos – nauka; łac. socius – zbiorowość, społeczeństwo + gr. logos nauka) socjoantropologia, dyscyplina wiedzy humanistycznej powstała ze zbliżenia dyscyplin socjologii oraz antropologii, czyli nauki o społeczeństwie i nauki o człowieku
(gr. parōidía od pará – poza, obok, mimo i ōidḗ – pieśń) – świadome naśladowanie danego wzorca literackiego (dzieła, stylu, gatunku), polegające na celowym wyostrzeniu jego cech formalno‑stylistycznych oraz zmianie tematycznej i ideowej, prowadzi do efektów zabawnych, satyrycznych lub skłaniających do refleksji czy dyskusji; nieudolne naśladownictwo lub zdeformowana, wypaczona postać czegoś